Miłość a poduszka powietrzna

Są takie chwile w życiu, kiedy uświadamiasz sobie, co jest tak naprawdę ważne. Na przykład miłość i poduszki powietrzne.

No i stało się. Wczoraj miałem zderzenie czołowe z taksówką. Jechałem sobie grzecznie prawą stroną drogi i widziałem, jak z naprzeciwka mknie taksówka samym środkiem, więc byłem przekonany, że z pewnością mnie ominie - było mnóstwo miejsca. Toteż nawet nie użyłem hamulca, gdy wtem budyniowa toyota walnęła prosto w moją hondę. Aż wystrzeliły poduszki powietrzne, przez co ani mnie, ani Davidowi, który ze mną jechał, poza małym zadrapaniem nic się nie stało. Za to honda będzie potrzebować dobrej kliniki, o co na Wyspach Zielonego Przylądka nie jest łatwo, bo po pierwsze nie ma tu oficjalnego przedstawicielstwa hondy, a po drugie wszystkie części trzeba sprowadzać drogą morską, co trwa niestety zdecydowanie za długo.



Do tej pory mam przed oczami ten ułamek sekundy przed zderzeniem, kiedy wiedziałem, że nic już nie mogę zrobić. I to uczucie, kiedy moja twarz uderzyła w poduszkę i zapach prochu (trotylu?). Wiem, że najważniejsze, że nic mnie, ani nikomu innego się nie stało. I że samochód to tylko samochód, choć bez niego będzie trudno.

Ale najgorsze są te myśli, to zastanawianie się co mogłem zrobić, ani uniknąć kolizji, połączone ze świadomością, że właściwie nic. Debil taksówkarz wjechał prosto we mnie. Tak jak codziennie taksówkarze mordują tu psy na ulicach, traktując to jako rozrywkę. I gdybanie - co by było, gdybym jechał szybciej? Co by było, gdybym jechał ze swoimi psami, które lubią wystawiać głowy przez okno? Jak się będę czuł, kiedy znowu usiądę za kierownicą?

Całe szczęście, że po tym wszystkim był ktoś, kto mnie przytulił i kto mnie kocha bez względu na wszystko. A kiedy wieczorem zamykałem okno w kuchni, uwolniłem ćmy, które dostały się pomiędzy szybę i siatkę zabezpieczającą. Żyją tak krótko, to niech chociaż trochę sobie użyją.
Trwa ładowanie komentarzy...