O autorze
Nie będzie już żadnych najnowszych trendów. Ja je już wszystkie dawno wymyśliłem. Poza tym pisałem, kreowałem, otwierałem, łamałem serca i dostawałem nagrody. Kocham samochody i jak nikt inny potrafię pokazać pozostałym kierowcom co o nich myślę jednym maleńkim grymasem ust. Posiadam rzadką umiejętność - umiem śmiać się z samego siebie. Łatwo też się wzruszam, ale o tym nie wszyscy wiedzą. Lubię rozmawiać z nieznajomymi i jestem życzliwy, dlatego niektórzy nie wierzą mi, że jestem z Polski. A wychowałem się w centrum Warszawy i wciąż uważam, że to lepiej niż na przykład na Podlasiu, bo idąc do szkoły mijałem Muzeum Narodowe, a nie krowę. Teraz mieszkam w zachodniej Afryce i staram się być przykładnym partnerem. Na srebrnych tacach układam w piramidy ferrero rocher.

Trudne życie Pi Arowca

Swoją karierę w public relations zacząłem piętnaście lat temu. W 1997 roku mało kto w Polsce wiedział, czym jest PR (moje pierwsze skojarzenie, na przyklad, bylo z Zakonem Ojców Pijarów). Nie istniały żadne szkoły uczące tego zawodu, a całe doświadczenie zdobyłem "na polu walki". Byl to też czas, kiedy dobry pomysl, dobra kampania, czy chociaż ciekawie napisana informacja prasowa w zasadzie gwarantowaly ukazanie sie publikacji. Dziś public relations musi zmierzyć sie z działami marketingu domów wydawniczych, oraz z oraz z odbiorcami, którzy wnet podnoszą krzyk "REKLAMA!!!".

O ile nie dziwi mnie, że domy wydawnicze, które w większości borykają się z problemami finansowymi, próbują wycisnąć, ile sie da z potencjalnych reklamodawców i obecnie najczęściej "dają" publikacje informacji prasowej w pakiecie (klient wykupi stronę reklamową, a notkę dostanie gratis), to martwi mnie, że w ten sposob ograniczają wolność wyboru dziennikarzy do opisania produktow, które w ich mniemaniu są ciekawe i godne polecenia. W ten sposób ci często zmuszeni są pisać o markach lub produktach, które niczym szczególnym się nie wyróżniają (weźmy na przyklad kosmetyki), za to ich producent moze sobie pozwolić na wykupienie kampanii reklamowej, i nie zostaje już miejsca na polecenie fantastycznego kremu z maleńkiej firmy, której nie stać na reklamę.
Ale takie są prawa rynku i wydawcy i dziennikarze muszą jakos przeżyć.



Natomiast ogromnym zaskoczeniem jest dla mnie bunt czytelników, jeśli tylko pojawi się wzmianka o jakiejkolwiek firmie, lub produkcie. Dla przykladu dzisiaj przeczytałem na gazeta.pl, ze LPP, właściciel marki Reserved, rusza ze sklepem internetowym i planuje wprowadzenie nowej marki odzieży. Nie jestem ich klientem, natomiast sam artykuł jest dla mnie ciekawy i cieszy mnie na przykład, że polska firma rozwija się i odnosi sukcesy. Poza tym pokazuje kierunek, w którym rozwijać się będzie sprzedaż na rynku odzieży i nikt nie napisal "Kupujcie Reserved!" I zaraz pojawił się komentarz "Ile kosztuje taka reklama? Też chce!".

Mili Panstwo, to nie reklama i nie dajmy się zwariować! Żeby dać oczom odpocząć od trotylu, czasem fajnie jest poczytać o rynkowych nowościach. O tym, co się dzieje. W amerykańskich mediach nikt nie robi z tego problemu. Równocześnie pozwólmy specjalistom od public relations zobaczyć efekty ich cieżkiej pracy i uwierzmy w rzetelność dziennikarzy, którzy są w stanie odróżnic bubel od dobrego produktu. Pomimo różnych doświadczeń, ja wciąż w nią wierzę.
Trwa ładowanie komentarzy...