Zasoby nieludzkie

Mieszkańcy Wysp Zielonego Przylądka mają bardzo pasywny stosunek do życia. "Se Deus quiser", czyli "Jeśli Bóg zechce", to ich ulubione powiedzenie, które wtrącają na koniec co drugiego zdania. Zdrowi, silni i piękni przesiadują całe dnie bezczynnie, bo po co się starać i wychodzić w inicjatywą? Jeżeli ów Bóg, los, czy ktokolwiek inny zechce, to będzie się im darzyć. A jak nie - to po co się męczyć? A jeśli spotka ich niesprawiedliwość, to ponarzekają między sobą, ale o swoje już nie powalczą. Całe szczęście, że jestem tam ja - potomek powstańców, walczących o Wasze, nasze, moje oraz ich.

Ostatnio na przykład otrzymaliśmy pismo podpisane przez mojego szefa oraz szefową Human Resources, w którym nas poinformowano, że jeśli po raz kolejny zaginie lista obecności, każdy pracownik naszego budynku będzie miał potrąconą pensję za cały dzień pracy, włączając w to ochroniarzy, którzy akurat tego dnia będą tam na służbie. Jakiś czas temu ktoś wymyślił, że taką listę musimy podpisywać dwa razy dziennie - rano i po przerwie na lunch. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że instytucja, w której pracuję, mieści się w trzech budynkach, a takie zarządzenie dotyczyło tylko naszego. Oczywiście poczuliśmy się dyskryminowani, traktowani nierówno i jakoby ktoś nam zarzuca, że nie pojawiamy się w pracy.
Szefowa HR nie raczyła odpowiedzieć na nasze uwagi, my stwierdziliśmy, że co to znowu za problem dać dwa autografy dziennie i podpisywaliśmy jak na kazano. Tymczasem lista zaginęła. Dwa razy. Nie dlatego, że ktoś nie chodził cały tydzień do pracy i w piątek wpadł na pomysł, że ukradnie listę i się nie wyda. Po prostu ktoś położył na niej inny dokument, potem gazetę, potem zabrał wszystko razem i nie zauważył. Zresztą lista znalazła się następnego dnia. Ale dział Human Resources postanowił nas ukarać odpowiedzialnością zbiorową, potraktować jak dzieci, które zbiły szybę grając w piłkę i jeśli nikt się nie przyzna, to nie dostanie deseru i wysłał takie pismo, które wprowadziło nas wszystkich (a mowa o około piętnastu osobach, więc naprawdę nie problem kontrolować, kto był w pracy, a kto nie) we wściekłość. Moi miejscowi koledzy wykrzykiwali, że to niesprawiedliwe i głupie, że co to ma znaczyć, itd. Ale nikt nie chciał nic z tym pismem poważnego zrobić. Mi zaś zaświtała myśl, że to raczej dziwne, aby otrzymać takie zarządzenie wydrukowane na kartce. Zwykle wszystkie oficjalne dokumenty umieszczane są w intranecie i podpisują je ważniejsze osoby, niż jakaś kadrowa, której wydaje się, że może rządzić. Zrobiłem zatem skan tego pisma, wysłałem do najważniejszych osób w firmie z opisem sytuacji, zwróciłem uwagę, że owo zarządzenie wydaje się niezgodne z prawem pracy i następnego dnia okazało się, że "przyjmijmy, że to pismo nie istnieje, a żadnej listy nie musicie już podpisywać".
A więc wygrana. Niesmak jednak pozostał, bo pracownicy Human Resources potrafią wiele opowiadać o motywowaniu pracowników, satysfakcji w miejscu pracy, która zwiększa wydajność, rozwoju, szkoleniach, ścieżce kariery, możliwościach awansu, a tak naprawdę bardzo często po prostu są bardzo not human, nieludzcy.
Inne przykłady? Kiedyś, jeszcze w Polsce, pracowałem w dużej korporacji. Kazano nam tam przypinać laptopy specjalnymi linkami do biurka, żeby nikt ich nie ukradł. Mieliśmy też dwie recepcje, ochronę, zamki drzwi zamykane na karty kodowe, monitoring, etc. Któregoś dnia, a było to jakieś dwa miesiące, odkąd zacząłem tam pracować, prowadziłem różne prezentacje i przemieszczałem się z moim laptopem po biurze. I po pracy - rzecz straszna - zapomniałem go przypiąć tą linką. Następnego dnia rano okazało się, że laptop zniknął z mojego biurka. Początkowo, podobnie jak moi najbliźsi koledzy, myślalałem, że to głupi dowcip i ktoś mi go schował. Zajrzałem do szafki, do szuflady, nigdzie nie było. Poczekałem kilka minut aż ktoś mi go odda, ale nikt się do tego nie kwapił. Poszedłem zatem pełen dobrej wiary do działu Human Resources, aby zapytać, kto może robić takie dowcipy, bo jestem nowy, nie znam zespołu, czuję się niezręcznie, poza tym terminy mnie gonią i potrzebuję mojego narzędzia pracy. Tam usłyszałem, że jestem nienormalny, że nie przypiąłem laptopa, że ktoś mógł się włamać i go ukraść, że jak się prezes dowie to - cytuję - będzę miał przejebane, itd. Po tej rozmowie poczułem się raczej niekomfortowo. Dalej szukałem, pytając i zaglądając w różne miejsca, ze świadomością, że inni patrzą na mnie dziwnie i nie pomoże mi to w budowaniu relacji z kolegami. Po około dwóch godzinach doszedłem do wniosku, że trudno, może rzeczywiście ktoś się włamał i zabrał mój komputer, i poszedłem do działu HR zapytać, co powinienem zrobić w takim wypadku, czy zawiadamia się policję, czy muszę ponieść koszty utraty sprzętu, itd. Prawie przy tym wszystkim ze stresu i zdenerwowania się rozpłakałem. Wtedy szefowa działu Human Resources wyjęła mój laptop ze swojego biurka i z podłą miną oświadczyła, że mam nauczkę.
Innym razem ta sama osoba przyjmowała do pracy nową recepcjonistkę. Kiedy opuszczając biuro spotkałem je na korytarzy, przedstawiła nas w ten oto sposób: To jest A., nasza nowa recepcjonistka, a to jest Maciek. To co, zerwałeś już ze swoim chłopakiem?
Zamiast powiedzieć czym się zajmuję w firmie i jakie jest moje stanowisko, zabrzmiało to jak "Proszę państwa, oto pedał".
Do tej pory żałuję, że nic nie zrobiłem wtedy z tymi i innymi szykanami, zupełnie jakbym pochodził z Wysp Zielonego Przylądka. Ale teraz już potrafię.
W kolejnej pracy nasza szefowa HR, z jednej strony bardzo miła osoba, wszystkie oficjalne maile, przeznaczone do wszystkich pracowników, wysyłała zawsze w niedzielę w okolicach godziny 23:00, chyba aby pokazać wszystkim, jak ciężko pracowała przez cały weekend, kiedy my mieliśmy czelność się obijać i odpoczywać.
Mam jednak nadzieję, że nie wszędzie jest tak źle. A przynajmniej chcę mieć taką nadzieję.
Na koniec powrócę do moich kolegów: kiedy otrzymają ode mnie nagrodę lub wyróżnienie, zawsze mówią, że to "Dzięki Bogu". Odpowiadam im wtedy, że to dzięki ich własnym staraniom i to sobie powinni podziękować za swoje sukcesy.
Trwa ładowanie komentarzy...